
Przeglądam kolorową gazetkę, "Shape" z angielskiego "kształt". W sumie nazwa bardzo trafna, tematyka poruszana jest bardzo prosta: diety, ćwiczenia, kosmetyki. Wyglądaj pięknie i żyj zdrowo.
Ćwicz uda, łydki, pośladki, brzuch ramiona... itd. ach, zapomniałam o ćwiczeniach kardio. W sumie gdyby stosować wszystkie ćwiczenia z choćby jednego numeru kilka ładnych godzin ubywa, dziennie.
I nasuwa się pytanie, po co ja ją właściwie kupiłam? Przecież jestem zadowolona ze swojego życia. Czy na prawdę potrzebuje tracić czas ćwiczenia? Katować się coraz to nowymi dietami? Swoją drogą... kto ma właściwie czas na dietę? Czytam przykładową dietę z najnowszego dodatku do gazety:
dzień 1:
śniadanie - jajko w placku pita - sadzone jajko polane oliwą, posypane żółtym serem light i wraz z kawałkami pomidora zawinięte w pite.
obiad - fasola z kurczakiem i ryżem - fasola płaskostrączkowa, brązowy ryż, kapary, kurczak i suszone pomidory
kolacja - warzywa z dipem - dip z gęstego jogurtu
ślinka cieknie na samą myśl... ale jak pomyśle o całym tym czasie spędzonym w kuchni (co przy moim uczniowskim trybie życia jest średnio realne) to mi się odechciewa, zresztą mam wrażenie że jak spytam w okolicznym spożywczaku o "żółty ser light" to już nie odkleję od siebie plakietki "wariatka".
Ale wracając do tematu. Wszystko to ma nas skierować na zdrowy tryb życia, media wciąż atakują nas obrazami kobiety "pięknej" - rozmiar poniżej 36, cera bez skazy, lśniące włosy, obcisły kostium i odstające duże cycki. Ale czy byłabym szczęśliwa tak wyglądając? czy w ogóle można być szczęśliwym odmawiając sobie wielkiego lodowego deseru z mnóstwem dodatków tylko dla tego że ma za dużo kalorii?
Czy można być szczęśliwym gdy ćwiczenia zabierają ci czas w którym mogłabyś przeczytać książkę? przenieść się w cudowny świat wyobraźni gdzie nikt nie jest w stanie cię powstrzymać?
Podsumuje moim stałym hasłem:
"Zdrowiu tak, fanatyzmowi nie!"
Nie dajmy mięśnia przerosnąć mózgu.
Hmmm... na przyszłość postaram się pisać mniej chaotycznie.
Nastrój:
tagi: